Zamień chemię na jedzenie. Julita Bator

10:25


Są takie książki, które potrafią zrobić rewolucję w życiu czytającej osoby. Niewątpliwie do tych książek należy Zamień chemię na jedzenie. Zabieram się za tę recenzję już kilka miesięcy i sama nie wiem czemu publikuję ją dopiero teraz. Bo jak dla mnie jest to obowiązkowa pozycja na półce każdego. Dlaczego?


Przyznam się Wam, że nie lubię czytania poradników. Dla mnie to ogromna nuda, napompowanie i w większości jakieś tanie frazesy. Dlatego takie książki omijam z daleka. Lektura ma być w końcu formą relaksu. Mimo wszystko skusiłam się na książkę Zamień chemię na jedzenie. Wiele pochlebnych i szokujących wręcz opinii spowodowało, że chciałam zobaczyć o co w tym wszystkim chodzi.

I powiem Wam, że to pierwszy poradnik, który po prostu połknęłam. A z każdą kolejną stroną byłam w coraz większym szoku. Tak, ta książka szokuje. Szokiem było dla mnie ile chemii nas otacza i co ona powoduje w życiu naszym i naszych dzieci. Wcześniej zwracałam w sklepie uwagę na składy, ale kurcze... Nie aż tak. Nie miałam AŻ takiej wiedzy.

Książka otwiera oczy, serio. Po prostu otwiera oczy na to, jakie żarciopodobne produkty spożywamy. Odkąd ją przeczytałam w naszym życiu zaszło wiele zmian dotyczących właśnie tej kwestii. Stałam się dojrzałym konsumentem, który idzie do sklepu i wie czego chce. Już nie kusi mnie ładne opakowanie, a jedynie krótki i naturalny skład. 


Co znajdziemy w tej książce? Kluczową rzecz - przepisy. Nie super wymyślne, a takie najprostsze, na rzeczy które bez zastanowienia kupujemy w sklepie. Autorka raczy nas tutaj jogurtami, masłem, masłem klarowanym, zupami, uwielbianymi przez dziećmi paluszkami rybnymi, czekoladą do picia, budyniem, karmelkami czy kisielem. Rzeczy, które w większości kupujemy gotowe. Przyznajcie się, ile z Was kupuje gotowy barszcz czerwony w proszku lub kartonie?




Wiele ważnych i ciekawych informacji o produktach, których nie powinniśmy spożywać. A już w ogóle nie powinny mieć z nimi styczności dzieci. Dla mnie było szokiem gdy przeczytałam co powodują benzoesan sodu i glutaminian sodu, od razu mogłam je połączyć z Fabiniowymi objawami alergicznymi...







Autorka co jakiś czas podrzuca składy produktów tak chętnie przez nas kupowanych. Każdy składnik ma przypisany znak - plus, gdy coś w tym składzie jest porządane, minus gdy nie powinno się w nim znaleźć, znak zapytania kwestionujący czy dana rzecz jest tam potrzebna oraz wykrzyknik, który głośno oznamia, że dana rzecz kompletnie nie powinna tam być. Wykrzyknikami najczęściej są konserwanty i cała śmieciowa chemia...




Każdy rozdział i podrozdział jest podsumowany. Dostajemy taką małą ściągawkę na co zwracać uwagę, czego unikać i co śmiało spożywać. To ważne, pomaga wysnuć odpowiednie wnioski i nie błądzić zastanawiając się "i co teraz? co ja mam w ogóle jeść?". Rozdziałów jest 20, więc informacji jest naprawdę dużo.


Leki nie z Bożej apteki były dla mnie jednym z ciekawszych rozdziałów. Rozdział ten traktuje o tym co spożywamy w lekarstwach, a w szczególności nasze dzieci (ten jakze potrzebny benzoesan), o zdrowych probiotykach oraz o suplementach diety. Wnioski z niego są naprawdę ciekawe i skłaniają do powrotu do naturalnego leczenia, a nie ciągłego faszerowania dzieci antybiotykami.


W trakcie czytania tej książki człowiek jest niejednokrotnie w ogromnym szoku. Bardzo często zadawałam sobie pytania typu "ok, rozumiem że to jest złe, ale skąd mam wziąć zdrowy i dobry odpowiednik?". Na szczęście (uff!) autorka przychodzi z pomocą. Na końcu książki znajduje się spis gotowych produktów, które autorka książki stosuje u siebie z powodzeniem oraz które śmiało może polecić. Wiadomo, nie każdy produkt znajdzie się w każdym mieście, ale taka ściąga jest bardzo potrzebna, żeby zacząć wprowadzać zmiany w swoim żywieniu.

Celem tej książki jest pokazanie, że zdrowe odżywanie nie musi być drogie. Drogie jest kupowanie leków, a nie dobrej jakości jedzenia. Warto ją przeczytać, żeby uświadomić sobie co tak własciwie jemy oraz czym karmimy nasze rodziny. A wtedy zdrowe produkty znajdziemy w dobrych cenach nawet w naszych lokalnych Biedronkach :)

Co Wy o tym sądzicie? Słyszałyście o tej książce? :)

Zobacz również

2 komentarzy

  1. Ciekawa książka. Kiedyś byłam na wykładzie, który prowadziła specjalistka-dietetyki, ogólnie strach coś jeść, chemia, wspomagacze itd. wszędzie. ;) Najlepiej teleportować się 100 lat wstecz. Hi, hi. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt! Albo mieć własne gospodarstwo ze zwierzakami i ogródkiem. Strach myśleć co my właściwie jemy :/

      Usuń

Subscribe